Ewa, Krzysiek i sowa

Tych dwoje dało się już poznać u mnie na blogu za sprawą przepięknych sesji narzeczeńskich i niesamowitego ślubu. Jeśli nie wszyscy pamiętają, to przypomnę, że Ewa oprócz tego, że kocha swojego męża, kocha się też w sowach. Sowy są wszędzie. Otaczają ją w domu, były motywem przewodnim na sali weselnej, są w telefonie i gdzie się tylko da. Wielkim marzeniem Ewy było też, aby w czasie sesji ślubnej mieć sowę, choćby do kilku zdjęć, ale najpierw opowiem jak wszystko się zaczęło.

Odchodzące wakacje, lato i sesja ślubna

Okolice Lądka Zdrój są przepiękne, bywałem tam wiele razy prywatnie z rodziną czy jako fotograf ślubny. Wzgórza, łąki, lasy i skały, czyli idealne miejsce na sesję ślubną. Nie musieliśmy długo szukać ładnych miejsc. Zatrzymaliśmy samochód na poboczu ogromnego wzgórza, z którego roztaczał się piękny widok na okolice. Los chciał, że to miejsce nazywa się Przełęcz Puchaczówka„. I co, przypadek?

Zakochani ukryli się w gąszczu złotych traw i zapomnieli o całym świecie. Tulili się do siebie, całowali, szeptali miłosne wyznania. To jeden z powodów, dla których lubię swoją pracę. Fotograf ślubny to trochę taki podglądacz, czasem musi zainspirować parę do działania. Jednak często jak z Ewą i Krzyśkiem rzeczy dzieją się same i wtedy wystarczy wiedzieć, kiedy i jak zatrzymać te magiczne chwile.

Marzenia się spełniają

I kiedy zmieniliśmy lokalizację, wjechaliśmy głębiej do lasu i wdrapaliśmy się na skalne zbocze, nagle spomiędzy drzew nadleciała sowa. Przystanęła na gałęzi, popatrzyła na nas i wylądowała na ramieniu Ewy. Tylko, kto uwierzy w taką historię? Sowa czekała na nas ze swoim właścicielem. Po krótkiej prezentacji i wymianie uścisków śliczna mała sówka wraz z moimi zakochanymi zaczęła pozować, uśmiechać się, a nawet przysypiać. Tak, tak… okazało się, że zdjęcia ją usypiają i trzeba było ją w niektórych momentach budzić.

Mira - sowia modelka

Tak było poza sesją

Dziś dodatkowo kilka zdjęć z tego, co działo się poza sesją. Zanim wybraliśmy naszą sowią modelkę, mieliśmy okazję pooglądać więcej drapieżnych ptaków. Przyznaję, że niektóre robiły wrażenie wielkością dzioba czy szponami. Na całe szczęście wszystkie ptaki były po obfitym obiedzie i nie musieliśmy się obawiać, że pożrą nas na deser.

Mirę udostępniła firma „Pod skrzydłami”, którą możecie znaleść na FB.

Zagadka

Ciekawi mnie zawsze ile osób czyta to co piszę na blogu. Staram się aby to było ciekawe, więc warto sprawdzić jak to z Wami jest. Dlatego mam prośbę, aby osoby, które dotarły do tego miejsca i pamiętają jak nazywało się miejsce gdzie zaczęliśmy sesję wpisały ją w komentarzu. Postaram się przygotować jakąś niespodziankę dla jednej z nich, a jeśli ktoś ma ochotę na sesję zdjęciową, proszę śmiało pisać do mnie.