Vanessa i Grzegorz - czy ta wyprawa skończy się dobrze?

Jadąc na sesję, nikt z nas nie spodziewał się jakie przygody nas czekają. Wszystko zapowiadało się pięknie i sympatycznie. Wakacyjna piękna pogoda, radosna muzyka w czasie jazdy i cudne widoki. Zaparkowaliśmy samochody w lesie przy drodze tuż przy szlaku prowadzącym do schroniska na Szczelińcu. Weszliśmy na ścieżkę i oceniliśmy poziom trudności. „Damy radę” – ustaliliśmy wspólnie i ruszyliśmy pod górę. Oczywiście ja jak to fotograf ślubny zatrzymywałem ich co kilka chwil, bo miejsc do ładnych zdjęć było mnóstwo.

Zakochani są wśród nas

Fajne jest to, że pojawiająca się w różnych miejscach Para Młoda zawsze wzbudza pozytywne emocje. Ludzie składają życzenia, małe dziewczynki zachwycają się białą suknią albo dopytują czy to prawdziwa księżniczka. Czasem ludzie proszę o zdjęcie z Parą Młodą. Tak było i tym razem, ale tutaj doszedł zachwyt nad umiejętnościami wspinaczkowymi Vanessy, która bez żadnego sapnięcia wspinała się po kolejnych głazach i korzeniach. Gorzej fotograf, który zasapany z rozdygotanym sercem robił kolejne zdjęcia ślubne.

Fotograf ślubny dociera na szczyt

W końcu udaje nam się dotrzeć do schroniska na Szczelińcu. Nagroda za wysiłek jest niezwykła, bo widoki jakie się tam roztaczają są bajkowe. Odpoczęliśmy chwilę, zrobiliśmy kolejne zdjęcia i już mieliśmy wracać, kiedy okazało się, że jest jeszcze kolejny płatny fragment drogi z jeszcze piękniejszymi widokami i skałami. Niby nie jest to daleko i bez problemu wrócimy do miejsca, gdzie zaczynaliśmy naszą wyprawę. Czy tak będzie?

Śpiąca królewna czy zmęczona Pani Młoda?

Gubimy się w deszczu

I kiedy wydawało się, że wszystko idzie dobrze, że kończymy zdjęcia i schodzimy w dół, rozpadał się deszcze. Najpierw delikatny kapuśniaczek, ale po chwili lało już bardzo mocno. Dotarliśmy do końca szlaku i … okazało się, że nie mamy zasięgu i nie wiemy, w którą stronę mamy się kierować, aby odnaleźć samochody. Po konsultacji w przydrożnym sklepie dowiedzieliśmy się, że mamy przed sobą jakąś godzinną wędrówkę wkoło góry w strugach deszczu. Co było robić? Poszukałem kogoś z samochodem. W jednej z restauracji znalazł się ochotnik gotowy zawieźć nas na miejsce i w ten sposób, jadąc rozklekotanym busem dojechaliśmy tam, gdzie wszystko się zaczęło. W nagrodę, gdy już wracaliśmy w naszych suchych i ciepłych samochodach, na niebie pojawiła się piękna cudowna tęcza.